wtorek, 15 grudnia 2020

Connect before correct, czyli najpierw się połącz





Taka historia mi się przydarzyła.. 

Pojechałam po córkę do szkoły. Wsiadła do samochodu i prawie od razu zaczęła mi opowiadać o koleżankach, które spędziły z nią część długiej przerwy, a potem odeszły gdzieś "na chwilę" i już nie wróciły (chociaż mówiły, że zaraz przyjdą). Później okazało się, że przysiadły się do grupy chłopców z klasy i spędziły z nimi pozostałą część czasu.

- I wiesz - powiedziała do mnie córka - to znaczy, że one wolą chłopców niż mnie. I tak im napisałam. A one się obraziły.

W tym momencie ja, wyczulona na różne typy komunikatów blokujących porozumienie, uznałam za stosowne podzielić się moją wiedzą z siedzącą na tylnym siedzeniu córką. Przemówiłam więc do niej:

- Ale zauważ, co tu się wydarzyło. Dokonałaś oceny (one wolą chłopców niż mnie), a dodatkowo niejako "przymuszasz" te dziewczynki do spędzania czasu z Tobą, bo jeśli tego nie robią, to piszesz im takie komentarze i być może próbujesz wpłynąć na nie poprzez poczucie winy, a pamiętasz jak Ci kiedyś mówiłam, że....

I byłam już na dobrej drodze do wygłoszenia Bardzo Długiego i Niewątpliwie Przydatnego Życiowo Kazania, ale w tym momencie córka przerwała mój słowotok:

- Dobra, już nieważne - powiedziała i wcisnęła się w siedzenie samochodu.

Zapadła niezręczna cisza, więc postanowiłam zmienić temat. Niestety, żaden z wątków nie chwycił i jechałyśmy dalej w milczeniu, a atmosfera gęstniała.

Jeszcze kilka lat temu pomyślałabym w tej sytuacji, że dzieci są jednak strasznie niewdzięczne. No bo wiecie, człowiek chce się z nimi podzielić swoją wiedzą, doświadczeniem, ułatwić im życie i tak dalej i tak dalej, a one sobie strzelają focha i nie chcą czerpać z tej całej skarbnicy mądrości. Mogłabym ewentualnie jeszcze pomyśleć "ach, te nastolatki. To taki trudny wiek i nic się na to nie poradzi. Burza hormonów. Trzeba przeczekać, chociaż to niełatwe.. " 

Tak właśnie mogłabym pomyśleć jeszcze kilka lat temu. Niestety, w tak zwanym międzyczasie poznałam koncepcję Marshalla Rosenberga, która bardzo mocno podkreśla znaczenie osobistej odpowiedzialności...

A dlaczego "niestety"? Bo łatwiej jest poszukać winy w kimś, niż przyjąć do wiadomości, że braliśmy udział w jakimś procesie i przyczyniliśmy się do efektu końcowego ;-)

I niestety uświadomiłam sobie, że to ja jestem odpowiedzialna za jakość relacji: dorosły-dziecko. Oraz, że zupełnie nieproszona zaczęłam wygłaszać swoją tyradę, nie próbując nawet spojrzeć na sytuację z punktu widzenia mojej córki. A udzielanie komuś rad czy pouczanie, jeśli ten ktoś o to nie prosi, jest formą przemocy (wiedzieliście o tym?). 

Na koniec przypomniałam sobie krótkie powiedzenie Marshalla: connect before correct, co można przetłumaczyć jako: połącz się (z kimś), zanim spróbujesz cokolwiek korygować. Jeśli o tym zapominamy, to zrywamy kontakt z drugą osobą - i to się właśnie wydarzyło podczas mojej rozmowy z córką.

Przemyślawszy sobie to wszystko, doszłam do wniosku, że nie ma co udawać, że nic się nie stało, tylko trzeba spróbować naprawić sytuację, czyli wrócić do punktu "connect". Powiedziałam więc do córki:

- Wiesz co, tak sobie myślę, że po wyjściu ze szkoły chciałaś mi powiedzieć coś ważnego, a ja od razu zaczęłam wygłaszać przemówienie, zamiast zapytać czy mówisz mi to, bo chcesz żebym Cię wysłuchała, czy może żebym Ci coś doradziła... Zamiast ustalić, w jakim celu mi to mówisz, zaczęłam Ci udzielać rad, chociaż o to nie prosiłaś. I doszłam do wniosku, że w tamtej chwili wcale nie potrzebowałaś tego mojego gadania....  

- No tak... - odpowiedziała córka - bo mi było przykro, jak one do mnie nie przyszły. Obiecały, że wrócą, a nie wróciły.

(uff.... łączność powróciła ;-) )

- Czyli odebrałaś to jako takie nieliczenie się z Tobą? Niedotrzymywanie umów?

- Tak. I było mi przykro.

- Pomyślałaś sobie, że one nie mają ochoty z Tobą przebywać? Że to takie: "nie chcemy Cię w tej grupce"?

- Tak...

- I chciałabyś, żeby one lub ktoś inny spędzał z Tobą czas nawet wtedy, kiedy na przykład akurat w tym momencie nie ma na to ochoty?

- No nie, tak to bym nie chciała... 

- A czy mogę Ci teraz powiedzieć to, co przyszło mi do głowy jak mi opowiadałaś o tej sytuacji?

- Teraz możesz..

Gęsta atmosfera sprzed paru minut błyskawicznie się rozwiała, a my spokojnie przeanalizowałyśmy sobie, co kto dokładnie powiedział, czy rzeczywiście została zawarta umowa pomiędzy dziewczynkami oraz jak odróżnić prośbę od żądania. Na końcu pojawił się wniosek, że jeśli ludzie czują, że są przez nas do czegoś zmuszani, to budzi się w nich opór. Zdecydowanie lepiej jest funkcjonować w trybie "chcę" niż w trybie "muszę". 

Dla mnie ta nasza rozmowa była bardzo cennym doświadczeniem, bo pokazała mi, jak w praktyce działa "connect before correct" (a działa niemalże jak magia - pod warunkiem, że naprawdę chcemy spojrzeć na sytuację oczami drugiej osoby...)

sobota, 13 czerwca 2020

Nie potrzebuję księcia na białym koniu....



Czy zauważyliście, jak na przestrzeni kilkudziesięciu lat zmieniły się bohaterki bajek dla dzieci? Kiedy ja byłam mała, standardowa bohaterka bajki była subtelną i piękną księżniczką, a jej sukces życiowy zależał od tego, czy poślubi ją piękny książę.

Książę był zazwyczaj bardzo odważny i wytrwały, albowiem musiał pokonać rozmaite przeszkody, aby uratować księżniczkę z jakiejś opresji albo przynajmniej nie ustawać w poszukiwaniach ukochanej.

Współczesne księżniczki są inne. 

Po pierwsze, wcale nie piękne i subtelne. Weźmy na przykład taką Fionę. Pamiętam, jak dużym zaskoczeniem było dla mnie zakończenie "Shreka" - spodziewałam się, że Fiona przeistoczy się w zwiewną (acz waleczną), szczupłą osóbkę, a tu niespodzianka... Przed ogrem stoi ogrzyca, a jej wybranek zapewnia ją, że przecież jest piękna...

Po drugie, nie czekają na księcia na białym koniu. Przeciwnie. Biorą sprawy w swoje ręce i działają. Ślub z księciem wcale nie jest koniecznym i oczekiwanym elementem ich życia. Na myśl przychodzi mi tutaj kolejne zaskoczenie, jakim był dla mnie film "Kraina Lodu". Przecież tam wszystko było "nie tak"!  Książę okazał się kłamcą, a życie Anny ocalił pocałunek i łzy jej siostry...

Nie wspomnę już o różnych Meridach walecznych i innych dziewczynkach, które przemierzają wody i lądy, dzielnie radząc sobie z przeciwnościami losu. Silne, wierzące w siebie, empatyczne, obdarzone mocnymi głosami (w kontraście do Królewny Śnieżki, której delikatny i cichy głos z pierwszego polskiego dubbingu z roku 1938 ciągle dźwięczy w mojej głowie....)

Mojej uwadze nie uszły także współczesne książki, adresowane do dziewczynek. Koderki, Girls Power i temu podobne. A w nich: jesteś w porządku, spróbuj, dasz radę, potrafisz, możesz to zrobić sama, to nie jest trudne. Osobiście odbieram to jako wzmacnianie dziewczynek (w kontraście do trendów sprzed kilkudziesięciu lat, w myśl których dziewczynka miała być przede wszystkim posłuszna i uczynna).

Powiem Wam szczerze, że podoba mi się ten nowy trend, a ponieważ moje pierwsze zetknięcie z nim wiązało się z uczuciem sporego zaskoczenia, nie omieszkałam przedyskutować sprawy z moją najmłodszą córką. Rozmawiamy sobie o wielu rzeczach i nigdy tak naprawdę nie wiem, co z tych dyskusji pozostaje w niej na dłużej.

Jakoż ostatnio miałam szansę przekonać się, że nawet jeśli wydaje mi się, że jakaś nasza rozmowa nie była dla niej istotna, to jednak przekaz pozostaje zapamiętany.

A było to tak...

Wybraliśmy się w czasie poluzowania obostrzeń koronawirusowych na wycieczkę z dawno nie widzianymi znajomymi. Spacerowaliśmy po lesie, zjedliśmy małą przekąskę i postanowiliśmy przemieścić się w kolejne miejsce. A ponieważ nadal trwa pandemia, po dotarciu do samochodów niektórzy z nas sięgnęli po płyny do dezynfekcji rąk.

- Chcecie się zdezynfekować? - zapytał mój mąż, psikając sobie płynem na ręce

- Tak - odpowiedziałyśmy z córką zgodnie

Mąż psiknął mi na ręce, a po chwili odwrócił się do znajomych z tym samym pytaniem, zapominając o córce, która siedziała na tylnym siedzeniu samochodu. Spojrzałam na nią - mój mąż oddalił się nieco od samochodu, psikając na nadstawione ku niemu ręce.

Zanim zdążyłam się odezwać, moja córka powiedziała, ni to do siebie, ni to do mnie:

- Dobra, nie muszę czekać na księcia na białym koniu. Poradzę sobie sama.

Po czym otworzyła swój plecaczek i wyjęła z niego malutką buteleczkę z płynem dezynfekującym. Posmarowała sobie ręce, schowała buteleczkę z powrotem do torebki, a potem włączyła sobie ulubioną muzyczkę na telefonie.

Bez nerwów, bez pretensji, ot po prostu "poradzę sobie sama". Bo w końcu akurat do załatwienia tej sprawy nie była potrzebna pomoc z zewnątrz.

Tymczasem nasz prywatny książę wrócił do samochodu. Spojrzał na córkę i powiedział:

- Oj, zapomniałem, że jeszcze ciebie miałem popsikać.

- Już sobie poradziłam.

I ruszyliśmy w dalszą drogę.

A ja złapałam się na myśli, że w sumie to dobrze, że księżniczki w bajkach już nie są takie bierne jak kiedyś. Idzie nowe   ;-)  






piątek, 10 maja 2019

Ach, ta matematyka....



Są różne sposoby nauczania matematyki - przedmiotu, który sprawia kłopot wielu dzieciom..

Pierwszy sposób może być na przykład taki:

Nauczyciel na początku roku szkolnego rozdaje dzieciom PSO, czyli przedmiotowy system oceniania. Jest tam napisane, w jaki sposób nauczyciel będzie oceniał postępy uczniów, a także inne informacje - na przykład kwestia zgłaszania nieprzygotowania (z reguły są dozwolone trzy takie zdarzenia w semestrze, za każdym razem skutkujące postawieniem minusa). Uczeń ma obowiązek pisemnego zgłaszania nieprzygotowania na początku lekcji. Uczniowie wpisują się na kartkę, którą przekazują nauczycielowi. Jeżeli ktoś nie zgłosi nieprzygotowania (a do tej kategorii zalicza się zarówno brak pracy domowej jak i brak zeszytu), a nauczyciel to odkryje, uczeń dostaje jedynkę oraz karną pracę domową. Można za nią dostać ocenę.
Odrobienie "zwykłej" pracy domowej nie daje efektu w postaci np. plusa, dlatego że - cytuję - praca domowa nie jest dla nauczyciela (ciekawe jest dla mnie to, że jednakowoż jej brak jest kwitowany minusem lub jedynką....). Wszystko to - cytuję - dla zachowania dyscypliny i porządku.

Podczas lekcji nauczyciel tłumaczy dane zagadnienie i pyta, czy wszyscy zrozumieli. Jeżeli któreś z dzieci zgłasza, że nie rozumie o co chodzi, nauczyciel ponownie wyjaśnia dane zagadnienie. Pyta czy wszyscy tym razem zrozumieli - jeżeli któreś z dzieci zgłasza, że nadal nie rozumie, ale zdecydowana większość uczniów wie o co chodzi, nauczyciel uznaje, że temat jest znany i można przejść do kolejnych zagadnień.
Tempo realizacji podstawy programowej, przyjęte przez tego nauczyciela, można określić jako bardzo szybkie. Niektórzy rodzice uważają, że nauczyciel jest ambitny i wysoko stawia poprzeczkę swoim uczniom, ale to bardzo dobrze, bo dzieci należy nauczyć ciężkiej pracy (nikt się nad nimi w przyszłości użalać nie będzie).
Nikogo jakoś nie dziwi, że większość dzieci w klasie szóstej potrzebuje korepetycji z matematyki. No cóż, trzeba doskoczyć do tej wysoko postawionej poprzeczki, życie łatwe nie jest, niech się dzieciaki przyzwyczajają.
Jeżeli chodzi o sferę dotykającą emocji, to wygląda to tak, że nauczyciel dystansuje się od uczniów, nie buduje z nimi przyjaznych relacji. Niektóre dzieci pytają, czemu się do nich nie uśmiecha.... Niektóre boją się wymagającego nauczyciela, ale to przecież dobrze, bo my sami też mieliśmy kiedyś takich nauczycieli i do tej pory ich pamiętamy, co oznacza, że strachem włożyli nam do głowy wiedzę i jest to sposób od wieków sprawdzony (pytanie dodatkowe: czy pamiętamy CO mówił ten nauczyciel, czy może raczej JAKIE emocje towarzyszyły nam podczas jego lekcji?)

Drugi sposób może być na przykład taki:

Nauczyciel nie rozdaje dzieciom PSO. Postanawia "przyłapywać" ich na sukcesach. Jedynek nie stawia, bo uważa, że są demotywujące. Podczas lekcji wyjaśnia dane zagadnienie tak długo, aż upewni się, że wszystkie dzieci zrozumiały o co chodzi. Prac domowych nie zadaje, nie "odpytuje" dzieci przy tablicy, bo szkoda mu czasu, który mógłby poświęcić na tłumaczenie dzieciom kolejnego zagadnienia. Każde dziecko może jednak samo zgłosić chęć rozwiązania jakiegoś zadania na tablicy, żeby sprawdzić czy dobrze rozumie temat.
Tempo realizacji podstawy programowej, przyjęte przez drugiego nauczyciela, można określić jako powolne.
Podczas lekcji atmosfera jest dość swobodna i widać, że dzieci nie czują lęku. Nie boją się zadawać pytań i popełniać błędów. Nauczyciel jest cierpliwy, a dzieci go lubią.

Jak sądzicie, który sposób prowadzenia lekcji matematyki rzeczywiście sprzyja nauczeniu się tego przedmiotu?

Tak się składa, że znam dziecko poddane jednemu i drugiemu sposobowi. Wbrew przekonaniom niektórych dorosłych, oddziaływanie strachem i tak zwana "wysoka poprzeczka" nie jest najbardziej efektywnym sposobem przekazywania matematycznej wiedzy. Oczywiście są dzieci, u których dominującym rodzajem inteligencji jest inteligencja logiczno-matematyczna (pisałam o tym tutaj). Takim dzieciom szkoła "nie przeszkadza" w rozwoju ;-)  Pozostałe dzieci, w mniejszym lub większym stopniu zmagają się ze szkolną rzeczywistością, a wraz z nimi zmagają się z nią także ich rodzice.

W przypadku dziecka, o którym piszę, dominującym rodzajem inteligencji jest inteligencja interpersonalna. Oznacza to, że ważne są dla niego relacje i że najbardziej efektywnie uczy się wówczas, gdy czuje się bezpieczne. Strach powoduje u tego dziecka blokadę myślenia, co oznacza wolniejsze przyswajanie wiedzy, a w dalszej kolejności jeszcze większy strach, jeszcze wolniejsze przyswajanie wiedzy, coraz większe luki, przekonanie o tym, że matematyki nie da się nauczyć i tak dalej i tak dalej.
O destrukcyjnym działaniu na dziecięcy mózg mówił profesor Joachim Bauer, którego wykładu wysłuchałam kilka lat temu.

Rodzice dziecka, o którym piszę, próbowali rozmawiać z pierwszym nauczycielem, mając nadzieję, że zrozumie on problem, jaki ma ich dziecko. Rodzice ci wyszli z założenia, że skoro dla nich rzeczą oczywistą jest to, że za jakość relacji: dorosły-dziecko, zawsze odpowiedzialna jest osoba dorosła, to jest to także oczywiste dla nauczyciela i że wobec tego będzie on skłonny zmodyfikować swoje metody nauczania. Tak się jednak nie stało (i tu moja mała dygresja - ja także kiedyś próbowałam  jednoosobowo zreformować dużą publiczną szkołę podstawową... Zdecydowanie nie polecam, szkoda czasu i energii. To tak, jakbyście próbowali zatrzymać ręką pędzącą na Was lokomotywę ;-) ).

W związku z tym rodzice dziecka postanowili przenieść je do szkoły, w której pracuje drugi opisywany przeze mnie nauczyciel. Efekt jest taki, że dziecko przestało się bać, z czasem zaczęło zgłaszać się do odpowiedzi i "łatać" dziury w swojej matematycznej wiedzy. Z przygnębionego małego człowieka przekształciło się w osobę, która wierzy w siebie i w to, że jest się w stanie nauczyć matematyki. Zniknął gdzieś smutek i apatia, a pojawił się uśmiech, radość, energia i jakaś taka wewnętrzna siła...

Powiecie może, że przeniesienie dziecka do innej szkoły to niepotrzebne ułatwianie mu życia. Wiecie, takie usuwanie kłód spod nóg. Dzieci trzeba hartować i stawiać im wyzwania, bo nikt w przyszłości nie będzie się z nimi cackał.

Ja jednak widzę to inaczej. Pozostawienie dziecka w sytuacji, którą określiłabym jako przemocową, oznacza zgodę na jego osłabienie, a nie wzmocnienie. Za tak zwanych naszych czasów wiedza na temat ludzkiego mózgu nie była jeszcze tak obszerna jak teraz. Badania naukowe nie potwierdzają tezy, że dzieci poddawane metodom opresyjnym lepiej się rozwijają. Wręcz przeciwnie, nauce i rozwojowi dziecka sprzyja empatia, przyjazne podejście i akceptacja. Myślę sobie też, że decyzja o zmianie szkoły pokazała dziecku, że nie trzeba za wszelką cenę tkwić w sytuacji, która nam nie służy oraz że zmiana - chociaż trochę się jej boimy - może być początkiem czegoś lepszego.
Myślę też, że dziecko z mojej opowieści przekonało się, że jego potrzeby są ważne dla rodziców i że może na nich liczyć. Wszystko to przełożyło się też na atmosferę w domu, ponieważ wcześniejszy smutek i zamartwianie się rodziców zostały zastąpione przez spokój i pewność, że razem damy radę :-)

Tak właśnie rozumiem pojęcie "wspierania w rozwoju".




piątek, 26 kwietnia 2019

O złości, która chciała być wysłuchana



Tego dnia złość Zizi była naprawdę zdenerwowana! Tupała nogami, waliła pięścią w ścianę i głośno coś wykrzykiwała. Można było usłyszeć: hej, hej, ja tu jestem i chcę Ci powiedzieć coś ważnego! Nie udawaj, że mnie tu nie ma! Ja tu jestem i będę tak krzyczeć dopóki ze mną nie porozmawiasz!

Pewnie jesteście ciekawi, co takiego się stało, że Zizi zaczęła się w ten sposób zachowywać…

Było to tak:

Po przyjściu ze szkoły, Ania czekała na powrót Mamy z pracy z wielką niecierpliwością. Mama obiecała kupić po drodze klej, który był potrzebny do zrobienia rozciągliwego „glutka” dla koleżanki Ani. Dlatego właśnie dziewczynka niecierpliwie spoglądała co chwilę w stronę drzwi wejściowych.

W końcu Mama weszła do mieszkania. Ania wybiegła, żeby się z nią przywitać i od razu zaczęła szukać kleju dla siebie w torbie z zakupami.

środa, 20 marca 2019

Jak to jest mieć dziecko w Budzącej Się Szkole...





Z czym kojarzy się Wam słowo SZKOŁA?  

Moje skojarzenia to przymus, brak poczucia sensu, a także uczucie bezradności i niemocy po wielu rozmowach z nauczycielami, w których jako rodzic brałam udział (a że mam więcej niż jedno dziecko, takich rozmów miałam sporo, i to czasami równolegle w kilku różnych szkołach....). 
Wszechobecny pruski dryl, nieustanne ocenianie, kontrolowanie, koncentrowanie uwagi na błędach, wymuszanie posłuszeństwa - te elementy są mi aż nadto dobrze znane. 
Był taki czas, kiedy sama uważałam, że to normalne i że wobec dzieci trzeba stosować właśnie takie metody wychowawcze. 

Minęło wiele lat, obfitujących w różne rodzicielskie doświadczenia, dzięki którym zrozumiałam, że nie tędy droga. Przekonałam się, że akceptacja, życzliwość i empatia sprawdzają się o wiele lepiej niż podejście oparte o system kar i nagród. W pewnym momencie odkryłam także, że są w Polsce szkoły, które funkcjonują inaczej - rezygnują z pruskiego drylu i wspierają dzieci w rozwoju. 

Z różnych przyczyn moje najmłodsze dziecko trafiło jednak do "normalnej" szkoły.

środa, 7 listopada 2018

O karach i nagrodach słów kilka





Jakiś czas temu pisałam o strukturach dominacyjnych, w których funkcjonuje większość ludzi na świecie. Stosują one pewien określony rodzaj języka, niezbędny do ich podtrzymywania. Cechą charakterystyczną tego języka jest stosowanie słowa "być" do osądzania innych ludzi - ich zachowania, wyglądu lub inteligencji. Kolejnym elementem niezbędnym do podtrzymywania struktur dominacyjnych jest nauczenie ludzi wiary w tak zwaną retrybutywną sprawiedliwość:

Według jej zasad, jeśli jesteś uznany przez władze za "złego", to zasługujesz na to, aby cierpieć z tego powodu, czyli otrzymać karę. A jeśli władze ocenią Cię pozytywnie, to zasługujesz na nagrodę. Jestem przekonany, że właśnie ta kombinacja: nauczenie ludzi statycznego myślenia w kategoriach "dobry-zły", "właściwy-niewłaściwy", "normalny-nienormalny", "odpowiedni-nieodpowiedni" - taki rodzaj myślenia, połączony z wiarą w retrybutywną sprawiedliwość, opartą na karach i nagrodach, jest przyczyną przemocy na naszej planecie.
Marshall Rosenberg

środa, 19 września 2018

Lekkość zamiast napięcia, czyli o zaskakującej rozmowie z córką...




Rozmawiam czasem z rodzicami o różnych problematycznych sytuacjach, związanych z wychowaniem dzieci. Zauważalne jest przy tym to, że niezależnie od tego czy chodzi o problemy z odrabianiem lekcji, sprzątaniem czy z dogadaniem się z nastolatkiem, zawsze okazuje się, że rozmowy z dziećmi, towarzyszące tym sytuacjom, są pełne napięcia. Rodzice czują złość albo bezradność i nie rozumieją, dlaczego tak trudno osiągnąć porozumienie z własnymi pociechami.

Zastanawiałam się nad tym zagadnieniem w kontekście stylu komunikacji, jakim my - dorośli - posługujemy się w rozmowach z dziećmi. Jest to styl, którego uczymy się od tysięcy lat - nazwałabym go zestawem przekonań czy też nawyków, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Jesteśmy do niego tak bardzo przyzwyczajeni, że uważamy go za normę.

Marshall Rosenberg, odnosząc się do znanego nam stylu komunikacji, opowiedział kiedyś o pewnym występie amerykańskiego komika, Buddy'ego Hacketta. Matka Buddy'ego codziennie przygotowywała posiłki dla swojej rodziny. Preferowała potrawy tłuste i ciężkostrawne, toteż domownicy po obiedzie wstawali od stołu z nieprzyjemnym uczuciem zgagi. Dla Buddy'ego normą było więc to, że zjedzenie obiadu nieuchronnie wiąże się właśnie z tym uczuciem. Buddy przyznał, że dopiero kiedy trafił do wojska, odkrył ze zdziwieniem, że obiad nie musi wywoływać zgagi. Od stołu wstawał z lekkim żołądkiem i czuł się lepiej.

wtorek, 4 września 2018

Typem staję się upiornym - nadszedł wrzesień.....





Jest taka książka:  "Mit pracy domowej".

Nie czytałam. Nie chcę się denerwować.

Przyznam jednak, że w trakcie roku szkolnego bardzo często mam ochotę ją kupić i zajrzeć co tam jest napisane.... Czy zgadza się to z moimi obserwacjami na przykład.

Rozmawiałam ostatnio z pewną mamą i doszłyśmy do wniosku, że ze wszystkich zagadnień związanych z rodzicielstwem najbardziej nie znosimy być częścią systemu edukacji. A dlaczego? Dlatego, że wraz z początkiem roku szkolnego przepoczwarzamy się (jak wielu rodziców) i zamieniamy się w poganiaczy niewolników (wersja łagodna owej przemiany) albo w oprawców w stosunku do własnych dzieci (tę nazwę podpowiedziała mi ww mama, ponieważ tak właśnie postrzega swoje zachowanie wobec córki).

środa, 22 sierpnia 2018

Eksperyment z bańką filtrującą



Za tak zwanych moich czasów nie było internetu.

Ba, nie było nawet komputerów. Pierwszy raz miałam do czynienia z tym urządzeniem już w wieku dorosłym. W porównaniu z przeciętnym nastolatkiem, który wzrastał w dobie Facebooka, jestem pewnie dość nieudolnym internautą. Nie mam konta na instagramie ani na tweeterze, a ilość odwiedzanych przeze mnie stron www jest nader skromna. Niemniej jednak z komputera korzystam i uważam go za dość pomocny wynalazek.

I pewnie z powodu mojego internetowego "nieobycia", co jakiś czas zaskakują mnie różnego rodzaju informacje. Ostatnio takim zaskoczeniem był artykuł* w gazecie, który przykuł moją uwagę tytułem "Internetowa inwazja ekspertów od wszystkiego". Nawiązywał do wyprawy na Nanga Parbat i do akcji ratunkowej, podczas której udało się uratować Elisabeth Revol. Jednak tym, co okazało się dla mnie najciekawsze, był fragment artykułu poświęcony bańce filtrującej.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Mała zamiana ról i zaskakujący efekt


W Budzących się Szkołach nauczyciele starają się "odkrzesłowić" uczniów, odchodząc od modelu biernego słuchania tego, co nauczyciel ma do powiedzenia. Bardziej efektywnym sposobem przyswajania wiedzy jest doświadczanie danej sytuacji, wykonywanie jakiegoś działania, angażowanie więcej niż jednego sposobu zdobywania wiedzy.
Podczas tak zwanej tradycyjnie prowadzonej lekcji, osobą najbardziej zaangażowaną jest nauczyciel, podczas gdy biernie słuchający go uczniowie mogą zupełnie niczego z lekcji nie zapamiętać..
W Budzących się Szkołach nauczyciele prowadzą lekcje w taki sposób, aby aktywni byli właśnie uczniowie, co przekłada się na lepsze przyswajanie wiedzy.

I oto nadarzyła się okazja, aby podobne podejście zastosować w praktyce…

Pewna młoda dama, ucząca się obecnie w klasie piątej SP, zwróciła się do mnie z prośbą o wytłumaczenie jej zagadnienia pt. liczby dziesiętne. Co prawda nauczyciel tłumaczył to w czasie lekcji, ale ona niczego z owego tłumaczenia nie zrozumiała. Oczywiście były dzieci, które dość szybko „złapały” o co chodzi, ale akurat ona nie należała do tego grona. Wzbudziło to w niej frustrację i wzmocniło przekonanie, że matematyka jest dla niej za trudna. Przekonanie to pojawiło się w jej głowie dość dawno, a oceny otrzymywane za kolejne kartkówki i sprawdziany potwierdzały według niej, że jest słaba z matematyki. Ten oczywisty wniosek nasuwał się sam. W efekcie prace domowe z matematyki stawały się nielubianym i męczącym elementem dnia, a brak rzeczywistego zaangażowania w naukę skutkował płytkim przetwarzaniem informacji i tak się to błędne koło toczyło...

czwartek, 31 maja 2018

Jakie uszy zakładasz do słuchania?



Pisałam jakiś czas temu o filtrach, przez które "przepuszczamy" wszystko co słyszymy lub widzimy. Bardzo ważne jest, aby pamiętać o tym, że to my jesteśmy odpowiedzialni za własne emocje oraz wiedzieć, "jakie uszy zakładamy zazwyczaj do słuchania" - jak określał to Marshall Rosenberg.

Marshall twierdził, że są tylko cztery rodzaje takich uszu. Osobiście uważam, że dwa pierwsze z nich stosujemy automatycznie, bo są one nieodłącznym elementem opresyjnego stylu komunikacji, którym posługuje się większość ludzi na naszej planecie. Jest to język typowy dla struktur dominacyjnych, w których żyjemy (pisałam o nich tutaj).
Marshall określał je "uszami szakala".

Z kolei uświadomienie sobie faktu istnienia potrzeb, wspólnych dla wszystkich ludzi na świecie, pozwala nam na "uruchomienie" innych rodzajów uszu - nazywanych przez Marshalla "uszami żyrafy".

Dlaczego akurat szakal i żyrafa? Szakal jest zwierzęciem drapieżnym, symbolizuje język zawierający elementy opresyjnego stylu komunikacji. Żyrafa z kolei jest bardzo wysoka, widzi wszystko z szerokiej perspektywy i ma największe serce spośród wszystkich zwierząt lądowych. Symbolizuje język empatii.
Większość ludzi na świecie posługuje się "językiem szakala", a do słuchania zakłada "uszy szakala". Marshall proponował przyjęcie innego sposobu komunikacji, który nazywał "językiem żyrafy".

Przyjrzyjmy się więc wszystkim rodzajom uszu, o których mówił Marshall.

czwartek, 10 maja 2018

Sztuka akceptacji, czyli jak po prostu kochać swojego nastolatka



Podzielę się z Wami moimi krótkimi refleksjami na temat nastolatków.

Dawno temu natknęłam się na następujący cytat:

Małe dzieci kochają swoich rodziców.
Gdy dorastają, zaczynają ich sądzić.
Czasem nawet przebaczają....

Nie pamiętam kto był jego autorem, ale sam cytat zapadł mi w pamięć. Doszłam do wniosku, że można go sparafrazować i odnieść do dorosłych w ogóle, a nie tylko do rodziców. Wyglądałby wówczas tak:

Małe dzieci ufają dorosłym. Gdy dorastają, zaczynają ich sądzić.
Czasem nawet przebaczają....

Tak właśnie postrzegam rozwój małych ludzi.
Dla mnie tak zwany bunt nastolatków jest czasem sądu, o którym mowa w powyższych cytatach. To czas, kiedy dorastające dzieci mówią do nas:

- Hej, Ty! Dorosły! Miałeś być moim autorytetem, moim wzorem, a jak Ty się zachowujesz? Deklarujesz jedno, robisz drugie, nie dotrzymujesz słowa, wypierasz się odpowiedzialności, pozwalasz mi na zbyt wiele (i tak dalej, i tym podobne ;-)  )! Zrób coś z tym!

czwartek, 26 kwietnia 2018

Historyjka o grzecznym dziecku


Czy wiecie jak funkcjonuje grzeczne dziecko?

Wyobrażam to sobie tak:

grzeczne dziecko siada sobie na ławce - z brzegu, żeby zostawić trochę miejsca dla innych. Jest bowiem nauczone, że nie wolno myśleć wyłącznie o sobie.
Siedzi więc na tej ławce, aż w pewnym momencie podchodzi Ktoś.

Ktoś mówi:

- Hej, ty! Przesuń się trochę!

Grzeczne dziecko przesuwa się więc trochę, chociaż zostawiło naprawdę sporo miejsca dla Ktosia. Ale skoro Ktoś mówi, że trzeba się przesunąć, to proszę bardzo.

Ktoś siada obok grzecznego dziecka, wierci się trochę. Widać, że nie jest do końca zadowolony. Mówi więc znowu:

- Przesuń się jeszcze trochę!

wtorek, 20 marca 2018

Gramy w trójkąt dramatyczny



Opowiem Wam o pewnej grze, w którą gramy, chociaż nie zdajemy sobie z tego sprawy. Jest to gra w trójkąt dramatyczny.

Na czym owa gra polega?

Po pierwsze potrzebni są trzej gracze: Agresor, Ofiara i Wybawca. Co ciekawe, nie oznacza to wcale, że potrzebne są nam trzy osoby - schemat działa doskonale nawet jeśli w danej sytuacji uczestniczy tylko jedna (tak, to się zdarza), a także jeśli w dyskusji biorą udział dwie osoby. Najlepiej oczywiście gra udaje się jeśli mamy trzy osoby - wówczas mamy niemalże stuprocentową gwarancję, że będą one kolejno odgrywać ww role. Każda z osób "wejdzie" w sytuację z innej pozycji, a następnie będzie na zmianę zajmować kolejne miejsca w grze, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.



środa, 28 lutego 2018

Jak pewna Ania mała umów dotrzymywała...

Anię już trochę znacie. Pisałam o tym, jak opiekuje się emocjami i jak któregoś dnia rozmawiała ze strachem.

Trzeba Wam wiedzieć, że Ania jest dziewczynką, która nie lubi kiedy ktoś coś jej obieca, a potem nie dotrzymuje słowa. Bardzo się wtedy denerwuje.

Całkiem niedawno zdarzyła się właśnie taka sytuacja.
Ania umówiła się z czwórką przedszkolaków, że na chwilkę pójdą do niej do domu, a ona się przebierze i szybko wrócą na plac zabaw, gdzie czekają ich rodzice (Ania na plac zabaw chodzi już sama, ale z przedszkolakami - jak się pewnie domyślacie - zawsze jest ktoś dorosły).
Tak więc Ania przyszła z dziećmi do domu, szybciutko pobiegła się przebrać, a tymczasem one... zaczęły się bawić w jej pokoju! I w ogóle nie chciały wyjść! Ania próbowała tłumaczyć, że przecież umowa, że rodzice czekają, że to miało być szybko... Nic nie pomagało.
Jeden z chłopców powiedział po prostu:

- Ale my nie scemy jesce iść! My scemy się bawić!

Ania poczuła się wtedy bezradna i trochę się zdenerwowała, no bo przecież mieli umowę, prawda? A poza tym obiecała rodzicom tych dzieci, że za pięć minut będą z powrotem...

Dopiero mama, obserwując całą sytuację, powiedziała do dzieci:

- Kochani, postanawiam, że wszyscy wychodzą i wracają na plac zabaw - i dzieci skierowały się w stronę wyjścia, a Ania poczuła ulgę.

środa, 7 lutego 2018

Marshall...

Dokładnie trzy lata temu, w sobotę, 7 lutego 2015r., zmarł Marshall Rosenberg.

Pewnie niewiele osób o nim wie. Nie było żadnej wiadomości o jego śmierci ani w naszej telewizji, ani na popularnych portalach internetowych. Przekazywali ją sobie ludzie na facebooku, którzy poznali filozofię Marshalla, czyli Porozumienie Bez Przemocy (nonviolent communication - nvc).

I tak sobie myślę, że odszedł człowiek, który potrafił patrzeć na innych bez oceniania ich przez pryzmat tego kim są albo co zrobili.
Człowiek, który po prostu wiedział, że ludzie zawsze mają jakieś ważne powody, żeby zachować się właśnie tak, a nie inaczej.

Po śmierci Marshalla, organizacja CNVC uruchomiła konferencję telefoniczną dla osób, które czuły potrzebę pożegnania się z nim. Miała być ona dostępna przez kilka godzin, ale ostatecznie trwała ponad 6 dni bez przerwy.... Ludzie z całego świata dzielili się swoimi historiami, opowiadali jak sposób komunikacji zaproponowany przez Marshalla zmienił ich życie... Każdy robił to na swój sposób - niektórzy śpiewali, inni czytali napisane przez siebie wiersze lub listy...

Nie było mi dane poznać Marshalla osobiście, ale jestem pod wrażeniem tego, o czym mówił. Jego filozofia to szacunek i empatia. Empatia - coś, co buduje porozumienie. Czy rozumiemy, na czym ona polega?

Empatia jest pełnym szacunku zrozumieniem tego, co wyrażają inni. Często, zamiast oferowania empatii, mamy silny impuls by dawać rady, wsparcie, czy też tłumaczyć nasz własny punkt widzenia czy uczucia. Empatia jednakowoż wzywa nas by opróżnić umysł i słuchać innych całym sobą.

Gdy jest empatia, nie ma nic do przebaczenia....
Marshall Rosenberg


Gdy jest empatia, nie ma nic do przebaczenia....


poniedziałek, 22 stycznia 2018

Strategie i potrzeby

Pisałam we wcześniejszych postach o tym jak ważne dla rozwoju dziecka są: empatia, życzliwe podejście i akceptacja ze strony osób dorosłych. Wymaga to rezygnacji z nawykowego, natychmiastowego oceniania.
Pomyślałam więc, że warto napisać JAK to zrobić, skoro znakomita większość ludzi nawykowo ocenia zachowania dzieci - zarówno te, które nam się nie podobają jak i te, które akceptujemy.

Przypomnę krótki fragment wypowiedzi Marshalla Rosenberga, podsumowujący skutki posługiwania się językiem dominacji, którego jesteśmy uczeni (szerzej pisałam o tym tutaj):

Jestem przekonany, że właśnie ta kombinacja: nauczenie ludzi statycznego myślenia w kategoriach "dobry-zły", "właściwy-niewłaściwy", "normalny-nienormalny", "odpowiedni-nieodpowiedni", "psychicznie zdrowy-psychicznie chory" - taki rodzaj myślenia, połączony z wiarą w retrybutywną sprawiedliwość, opartą na karach i nagrodach, jest przyczyną przemocy na naszej planecie.

Czym zastąpić oceniające myślenie, którego zostaliśmy nauczeni? 
Wspominałam o tym jak skuteczne jest skupienie się na świadomości zaspokojonych lub niezaspokojonych potrzeb. Teraz spróbujemy przyjrzeć się temu bliżej.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Strata przyjaciela

Pewien człowiek stracił przyjaciela.

Znali się bardzo długo, praktycznie odkąd pamiętał. Przyjaciel był przy nim w ważnych i trudnych momentach jego życia. Widział łzy smutku w jego oczach i towarzyszył mu w chwilach żywiołowej radości. Byli blisko siebie i znali się bardzo dobrze. Nie musieli używać słów, wystarczyło że spojrzeli na siebie i już wiedzieli o co chodzi...

Pewnego dnia przyjaciel odszedł.

Nagle, bez uprzedzenia.
Zamiast bliskości pustka.

Człowiek nie mógł tego zrozumieć. Jak to możliwe? Przecież znali się tak długo i nigdy wcześniej nie zdarzyło się nic podobnego.
Człowiek bardzo cierpiał. Tęsknota nie była jednak najgorsza. Najgorsze było to, że nikt nie rozumiał jego bólu. Ludzie, którzy go otaczali, próbowali go pocieszać. Mówili:

sobota, 16 grudnia 2017

O chłopcu w walizce


Dzisiaj historyjka o tym, co na pierwszy rzut oka nie było wcale oczywiste... ;-)

Pewnego popołudnia wraz z grupką rodziców czekałam na zakończenie zajęć sportowych, w których brała udział moja córka. W końcu drzwi od sali gimnastycznej się otworzyły i dzieci zaczęły wychodzić. Trwało to dłuższą chwilę.

Jedna z mam wydawała się zniecierpliwiona. Zajrzała do sali i zobaczyła, że jej syn nadal jest w środku. Leży na boku, skulony na podłodze. Trzyma ręce przy twarzy.

Zawołała więc do niego:

- Antek, wstawaj! Nie wygłupiaj się! Idziemy do domu!

Chłopiec dalej leżał na podłodze, skulony.

- Antek, spieszy mi się! Chodź już!

Cisza.

- Dobrze, skoro tak, to zostawiam Cię tutaj. Prześpisz się w tej sali. Dobranoc, życzę Ci miłych snów. Zabiorę Twoje rzeczy.

Odwróciła się i poszła do przebieralni.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Jak prowadziłam lekcję w szkole....



Dawno temu chodziłam do szkoły, w której nauczyłam się pisać bezwzrokowo na maszynie do pisania. Ta umiejętność codziennie bardzo mi się przydaje i naprawdę ułatwia życie.
Cała tajemnica takiego pisania polega na tym, żeby zacząć od ułożenia palców na konkretnych literach na klawiaturze.

Chcecie spróbować?

Robi się to tak: odnajdujemy środkowy wiersz liter na klawiaturze i kładziemy najmniejszy palec lewej ręki na literze A. Kolejny palec - litera S, następne palce - litery D i F.

Omijamy litery G i H i kładziemy palec wskazujący prawej ręki na literze J. Kolejny palec prawej ręki - litera K. Następny - litera L.
Jeżeli chodzi o najmniejszy palec prawej ręki, to na klawiaturach maszyn do pisania była dla niego przeznaczona litera Ł, o ile dobrze pamiętam. Na klawiaturze komputerowej nie ma dla niego litery, ale niech leży sobie na klawiszu sąsiadującym po prawej stronie z literą L.
Kciuki obu rąk kładziemy na klawiszu spacji.

Jeśli nasze palce leżą już na właściwych literach, możemy napisać kilka prostych słów - na przykład:
as (od tego się zaczyna ;-)), sad, las, kask, fala....

Tak więc widzicie, że już po kilku minutach można zobaczyć efekt swoich działań, co przynosi mniejszą lub większą satysfakcję, wprost proporcjonalną do entuzjazmu ucznia ;-)